Powojenne ekshumacje

Fot. PAP/Stanisław Urbanowicz

28 kwietnia 1945

W drugiej połowie kwietnia 1945 zaczęło się oblężenie Berlina, rychłe pokonanie Niemiec było kwestią dni. Tymczasem w Warszawie zaczynała się wiosna, miasto było w ruinie, ruiny zaś skrywały ciała swoich mieszkańców, często leżących tam, gdzie ich zabito, w najlepszym razie pochowanych tam, gdzie akurat było miejsce: na ulicach, skwerach, w parkach...

Zofia Kamińska dość obrazowo opisuje atmosferę tamtych dni:
Jak weszłam do Warszawy to była wczesna wiosna, marzec albo kwiecień. Jeszcze leżały trupy na ulicach i taki straszny widok: pełno robaków… Robaki toczyły ciała, bo zaczęło się robić ciepło. Szliśmy przez most pontonowy na wysokości ulicy Karowej – pod tramwajem leżało dwóch Niemców w mundurach…

Janina Wyżnikiewicz opowiada, jak starano się zaradzić temu problemowi:
Jak tylko wojska radzieckie i polskie weszły do Warszawy w 1945 roku, to w ciągu kilku dni Czerwony Krzyż zaczął akcję chowania zwłok – bo bardzo dużo zwłok leżało na ulicach. Pracownicy PCK robili to bardzo dokładnie i systematycznie, prowadzili dokumentację. Było kilkanaście ekip, każda miała swój teren; jeżeli znaleźli zwłoki, to sprawdzali, czy są jakieś dokumenty, ewentualnie opisywali wygląd zwłok, żeby ułatwić późniejszą identyfikację.

Dowiedziałam się z gazety, że 29 kwietnia zaczną się ekshumacje w parku Dreszera. Tam było dziesięć albo jedenaście mogił. Zebrało się kilkanaście osób – rodzin albo byłych żołnierzy AK z „Baszty” – i Czerwony Krzyż. Mam społecznikowską naturę, byłam od pierwszego do ostatniego dnia tych ekshumacji (skończyły się pod koniec kwietnia).

Jak zaczęli otwierać groby, to pani z Czerwonego Krzyża dała mi kopię listy mogił, gdzie były napisane numery znaczków grobowych, imię i nazwisko albo NN. W ciągu dnia znajdowaliśmy kilkunastu akowców i dużo więcej cywilów. Cywilów zabierał Czerwony Krzyż i wywoził na cmentarz na Woli. Komisja Likwidacyjna AK dawała trumny, ale pieniędzy chyba nie. Rodziny, owszem, składały się, ale zdarzało się, że nie mogły nic dać, więc czasem SGGW użyczała samochodu, czasem Akademia Medyczna dała ciężarówkę. Zbierałam pieniądze, ciągle brakowało. Pieniądze przynosił też kapitan Juchnicki, inwalida po powstaniu, prowadził na bazarze Różyckiego sklepik z butami i dobrze na tym zarabiał. Przychodził, dawał mi pieniądze i w ogóle nie chciał się z tego rozliczać.

Zwróciła się do mnie pani w średnim wieku – że jej brat zginął, że jego rodzina jest poza Warszawą i nie wie o tych ekshumacjach, a ona nie znalazła zwłok. Mówi: Proszę pani, czy nie można by pod jego nazwiskiem pochować kogoś nieznanego, żeby ta rodzina, żona i dzieci, miały grób ojca? Pomyślałam, że nie powiem tego nikomu... – Proszę, tę trumnę... Napiszemy, że to pani brat, ja wszystko napiszę w dokumentacji, niech będzie. Tylko ja i ona wiedziałyśmy.

Nigdy nie powiedziałam nikomu, który to jest grób. Ale jak chodzę dziś na cmentarz, to widzę, że tam zawsze stoją kwiaty.

Źródło:
Powroty. Warszawa 1945–46, wybór i opracowanie: Magda Szymańska, Wyd. DSH/KARTA, Warszawa 2015.

Kronika Filmowa 27/1946: Ekshumacja i pogrzeb ofiar Powstania Warszawskiego


Zobacz więcej materiałów Polskiej Kroniki Filmowej na stronie Repozytorium Cyfrowego Filmoteki Narodowej.

Fotografia:

Warszawa 1945. Ulica Wspólna, ekshumacja ciał ofiar działań wojennych. - Fot. PAP/Stanisław Urbanowicz

Materiały dodatkowe