Premiera filmu 'Irena do domu!'

Fot. Janusz Zachwajewski/Fototeka Filmoteki Narodowej

26 listopada 1955

26 listopada 1955 miała miejsce premiera komedii "Irena do domu!" w reż. Jana Fethke. U schyłku polskiego stalinizmu udało się nakręcić całkiem udaną komedię o perypetiach warszawskiego małżeństwa Majewskich.

Polski komunizm, przynajmniej w pierwszym dziesięcioleciu, starał się promować aktywizację zawodową kobiet. Właśnie na kanwie tego procesu i oporu mężczyzn przed wkroczeniem kobiet w zarezerwowany dla nich dotąd świat stał się fabularną ramą, w której osadzono akcję filmu. Film bardzo się podobał, głównie dzięki twórcom, którzy ukształtowali się artystycznie na długo przed socrealizmem. Film zrobiła ekipa filmowców, pracujących w branży jeszcze przed wojną: Jan Fethke, reżyser, który sztuki filmowej uczył się w Berlinie u boku samego Fritza Langa; Adolfa Dymszy przedstawiać nie trzeba; tytułową Irenę grała Lidia Wysocka, która debiutowała w 1935 r., podobnie jak jej koledzy z planu: Ludwik Sempoliński czy jeszcze starsza Helena Buczyńska.

Przekrój zamieścił wierszowaną recenzję filmu autorstwa Ludwika Jerzego Kerna:

„Irena do domu” — to film, proszę pana.
Ten film grają teraz na naszych ekranach.

Nim film ten w atelier nakręcać zaczęto,
niejedno mi o nim cichutko szepnięto.

Ze kiepski scenariusz, że straszny ma tytuł,
że już jest do bani, a będzie do kitu.

Kręcono go jednak. Po pewnym zaś czasie
zaczęły recenzje pojawiać się w prasie.

A pierwsze mniej więcej przed jakimś pół rokiem,
a wszystkie pisane przez duchy głębokie.

Przeważnie ganiono, niekiedy krzyczano,
a często po prostu ramieniem wzruszano.

Gdym znał już na pamięć, co piszą duchowie,
zaczęto wyświetlać film w moim Krakowie.

Udało się jakoś wytrzymać przez tydzień,
lecz potem się człowiek załamał, o wstydzie!

I z żoną, nic o tym nie mówiąc nikomu,
poszliśmy na ową „Irenę do domu!”

I ciemno się w końcu zrobiło na sali
i wszyscy w ciemnościach bez przerwy się śmiali.

My z żoną z początku się jakoś trzymamy,
my wiemy, co myśleć, recenzje czytamy.

Lecz wreszcie nas wzięła chęć śmiechu przemożna,
choć wiem, że to straszne, choć wiem, że nie można.

Śmialiśmy się bardzo, ze skruchą wyznaję,
i jeszcze w dodatku szturchali nawzajem

O, wielcy duchowie, wyznaję to wam,
że film ten obojgu podobał się nam.

Typowo warszawskim motywem z filmu była słynna karuzela, na którą się chodziło - wedle słów znanej piosenki - „na Bielany, co niedziela”. Piosenkę zaśpiewała w filmie Maria Koterbska.

Literatura:

Fotografia:

Kadr z filmu 'Irena do domu!'. Karuzela na Bielanach - Fot. Janusz Zachwajewski/Fototeka Filmoteki Narodowej